Tylko nie może być tak, że nowe umiejętności pozwalają zapomnieć o podstawach wiedzy. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że umiem programować PLC, to prawa Ohma już znać nie muszę. A do tego to się zaczyna sprowadzać. Bo informatyk, który przyjdzie mi na egzamin zaraz mi powie, że on nie musi wiedzieć dlaczego stosuje się wyłącznik różnicowoprądowy, wystarczy że umie programować PLC. Wiem, że wiedzy do opanowania jest coraz więcej, to rzeczywiście problem. Dlatego trzeba znaleźć jakiś złoty środek. Pierwsze moje pytanie na egzaminie brzmi “Czym się Pani/Pan w pracy zajmuje? Co Pani/Pan faktycznie w pracy robi?” W oparciu o to sprawdzam co jest zaznaczone na wniosku egzaminacyjnym, tłumaczę co ma jakie znaczenie, dopytuję czy egzaminowany zdaje sobie sprawę co zaznaczył (nie zawsze wie!) i dopiero dalej dobieram pytania. Największy nacisk kładę na kwestie bezpieczeństwa, bo to jest dla mnie najważniejsze. Wolę się upewnić, że egzaminowany będzie wiedział co zrobić w przypadku porażenia prądem, pożaru w rozdzielni (proszę mi wierzyć, ludzie opowiadają takie rzeczy, że czasami dziwię się, że jeszcze żyją) itp., niż przejmować się, że nie wie jak zrobić jakiś nietypowy pomiar, albo że nie zna jakiegoś rozporządzenia. Prawda jest taka, że gdyby komisja ściśle trzymała się pełnego zakresu wymagań na uprawnienia, to egzaminu nie zdałby nikt. Można tak robić, zaczniemy pytać z rozporządzeń, ustaw itp., nawet nie dojdziemy do pytań technicznych i pożegnamy egzaminowanego. Przyjdzie drugi raz, znowu zapłaci. Czy na pewno o to chodzi?
[quote=“krzaczek, post:41, topic:13949, full:true, full:true”]
Tylko nie może być tak, że nowe umiejętności pozwalają zapomnieć o podstawach wiedzy. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że umiem programować PLC, to prawa Ohma już znać nie muszę. A do tego to się zaczyna sprowadzać. Bo informatyk, który przyjdzie mi na egzamin zaraz mi powie, że on nie musi wiedzieć dlaczego stosuje się wyłącznik różnicowoprądowy, wystarczy że umie programować PLC.
[/quote]
Ja takiej tezy nie postawiłem. Odpowiedziałem tylko na pytanie czy mu jest potrzebne to świadectwo.
A zapewne wie kolega że w szkołach elektronicznych czy informatycznych zawsze sa podstawy elektryczności.
[quote=“krzaczek, post:41, topic:13949, full:true, full:true”]
Można tak robić, zaczniemy pytać z rozporządzeń, ustaw itp., nawet nie dojdziemy do pytań technicznych i pożegnamy egzaminowanego. Przyjdzie drugi raz, znowu zapłaci. Czy na pewno o to chodzi?
[/quote]
Powinno, przynajmniej jeśli chodzi o bezpieczne wykonywanie prac ,bo to było zawsze najważniejsze. Czyli bezpieczeństwo. Jeśli wszystkie komisje były by więcej wymagające to zniknęło by wielu ludzi którzy nie powinni mieć tych świadectw. Ale jak już pisałem nie chodzi wielu egzaminatorom o to, tylko nie wiadomo o co …Pozdrawiam.
Jeśli wszystkie komisje były by więcej wymagające to zniknęło by wielu ludzi którzy nie powinni mieć tych świadectw.
W innej odpowiedzi w dyskusji w tym temacie, napisałem, że większość egzaminowanych stanowią obecnie ogrodnicy, sprzątaczki, zakonnice, sprzedawcy z marketów budowlanych i że to “zasługa” Państwowej Inspekcji Pracy. Mam mnóstwo takich ludzi na egzaminach, właśnie dlatego że nadgorliwi Inspektorzy Pracy wymuszają zdobycie tych uprawnień przez takich ludzi. To absurd świadczący o nieznajomości prawa. Ci ludzie w ogóle uprawnień nie potrzebują! Gdyby tak było, każdy człowiek mający styczność z elektrycznością musiałby je mieć, żeby korzystać w normalnym życiu z urządzeń elektrycznych! Jak mam się w takiej sytuacji zachować? Najmniejszy zakres uprawnień elektrycznych, jaki w ogóle można przyznać, to wg mnie uprawnienia w E w zakresie obsługi pkt. 2. To już totalne minimum. Dla mnie taki zakres to żart. Mam nie dać takich uprawnień tym ludziom? Stracą pracę. Mam powiedzieć, żeby odpowiedzieli pracodawcy, że nie dostali uprawnień, bo pan z komisji powiedział, że są niepotrzebne, a PIP opowiada bzdury? Też stracą pracę. Z PIP praktycznie nie da się wygrać, nie przyznają się do błędów, nawet jak im się to pokaże czarno na białym. Wymagamy żeby w komisji byli fachowcy i jak najbardziej słusznie. Tylko dlaczego mamy pretensje do tych fachowców, gdy muszą oni działać w oparciu o przepisy tworzone przez dyletantów?
[quote=“krzaczek, post:43, topic:13949, full:true, full:true”]
Z PIP praktycznie nie da się wygrać, nie przyznają się do błędów, nawet jak im się to pokaże czarno na białym.
[/quote]
Tu przyznaję rację obecnie PIP to porażka , takie rzeczy jakie oni wymyślają to zakrawa czasami na kpiny. Ale znam chyba przyczynę bo PIP zaczyna przypominać jeden wielki rodzinny dom. Wie kolega co mam na myśli.
Słyszałem o takich przypadkach że od urzędników żądali uprawnień bo w biurze wyjmowali i wkładali wtyczki do gniazda.
[quote=“krzaczek, post:43, topic:13949, full:true, full:true”]
Tylko dlaczego mamy pretensje do tych fachowców, gdy muszą oni działać w oparciu o przepisy tworzone przez dyletantów?
[/quote]
Myślę że fachowcy ci naprawdę dobrzy sobie poradzą z każdym problemem nawet napisanym przez dyletantów. Pozdrawiam.
Myślę że fachowcy ci naprawdę dobrzy sobie poradzą z każdym problemem nawet napisanym przez dyletantów.
Problem w tym, że ci dyletanci nie ponoszą kompletnie żadnej odpowiedzialności za pisane, czy uchwalane przez siebie bzdury. A członkowie komisji za swoje postępowanie niestety już tak.
Słyszałem o takich przypadkach że od urzędników żądali uprawnień bo w biurze wyjmowali i wkładali wtyczki do gniazda.
Do tego to się właśnie teraz niestety wprowadza. W takiej sytuacji każdy w domu musiałby mieć uprawnienia i to prawie do prac pod napięciem, bo takie są odległości przy wkładaniu wtyczki do gniazda. Ktoś, kto na stoisku z elektronarzędziami prezentuje kupującym te narzędzia, tzn. włącza i wyłącza elektronarzędzie musi mieć wg inspektorów PIP uprawnienia do 1 kV! Absurd! Tylko, że nikt nie przyjmuje tego do wiadomości.
Mam inne pytanie. Wyobraźmy sobie sytuację że pracodawca wysłał pracowników na zrobienie kursu i świadectw kwalifikacyjnych Zapłacił za wszystko i zażądał od komisji by wszystkie wysłano mu na adres firmy, a pracownicy dostali duplikaty . Czy działania pracodawcy były bezprawne ?
Wg mnie takie działanie jest może nie bezprawne, ale zdecydowanie bezsensowne. Uprawnienia są własnością pracownika, który zdał egzamin i uzyskał świadectwo, mimo iż za kurs i egzamin zapłacił pracodawca. Może być tak, że skierowanie na kurs i egzamin wiąże się z podpisaniem “lojalki” ze strony pracownika, który w przypadku wcześniejszego odejścia z firmy musi pokryć jakąś część zainwestowanych w niego środków. To już sprawa pomiędzy pracodawcą, a pracownikiem, ale oryginał świadectwa powinien znajdować się u pracownika. Pracodawca może sobie zrobić ksero, podbić pieczątkę ZA ZGODNOŚĆ Z ORYGINAŁEM, podpisać i schować do akt. To mu w zupełności wystarczy. Duplikat potrzebny jest wtedy, gdy oryginał zginie, ulegnie zniszczeniu (zdarza się, jak to w życiu). Nie za bardzo może funkcjonować oryginał i duplikat jednocześnie. Za wydanie duplikatu uprawnień i tak należy wnieść opłatę do Komisji Egzaminacyjnej, więc płacenie od razu za oba dokumenty jest bez sensu. Poza tym skoro pracodawca uważa, że uprawnienia są jego, to co z nimi zrobi? Na złość nie odda oryginału pracownikowi? Po co? Ten i tak pójdzie do komisji, zapłaci i dostanie duplikat. A jeśli już jak Kolega napisał, dostał od pracodawcy duplikat, to tym bardziej nic mu więcej nie potrzeba. Wiem, że opisana przez Kolegę sytuacja się często zdarza, ale świadczy tylko o niezdrowych relacjach pracownik-pracodawca.
[quote=“krzaczek, post:47, topic:13949, full:true, full:true”]
Wg mnie takie działanie jest może nie bezprawne, ale zdecydowanie bezsensowne.
[/quote]
Ale pytam poważnie . Ktoś do waszej komisji gdzie kolega egzaminuje zgłosił i zapłacił za kurs i egzaminy. I chce by te oryginały szły na adres firmy. ciekawe czy kolegi komisja odmówi tej firmie jeśli ona jest stałym dostawcą klientów i na niej zarabiacie. Ale szczerze , bo jak ma być to wiemy. Problem nie wydawania świadectw osobom tylko firmom nie jest nowy i znany od lat byl i na tym forum poruszany nie raz a i na innych forach też.
Jeśli na kurs i egzamin kieruje pracodawca, to uprawnienia wysyłane są na adres pracodawcy. Najczęściej jest to po prostu kurs i egzamin dedykowany dla większej liczby osób z tej firmy. Tak po prostu jest łatwiej to zorganizować, często komisja jedzie do zakładu pracy, bo łatwiej dojechać tam 3 osobowej komisji, niż np. 20 osobom z jednej firmy. Wtedy na firmę wystawiana jest faktura na określoną liczbę egzaminów. Tutaj nie mamy wyboru. Po opłaceniu faktury, wszystkie uprawnienia są wysyłane na adres pracodawcy. Co on z nimi zrobi, na to nie mamy wpływu. Nie możemy zrobić inaczej. Jeśli przychodzi bezpośrednio pracownik do siedziby komisji i mówi, że opłatę będzie wnosiła firma, to wystawiamy fakturę na firmę i dopiero po jej opłaceniu pracownik osobiście odbiera uprawnienia, potwierdzając to swoim podpisem. Dostaje oryginał do ręki.
Dzięki, potwierdziłeś moje przypuszczenia.
Nie wiem jakiej Kolega odpowiedzi się spodziewał. To nie jest kwestia “pójścia na rękę” jakiejś firmie, czy układów komisji z firmą, która jak Kolega napisał
jest stałym dostawcą klientów i na niej zarabiacie
. Po prostu takie są przepisy. Kurs i egzamin są towarem, na który jest wystawiana faktura, a ta musi być wystawiona na zamawiającego. Fakt, że uprawnienia są imienne na konkretnych pracowników nie ma nic do rzeczy. Jeśli układ pracownik-pracodawca jest normalny i zdrowy to takie sytuacje, jak Kolega opisał, czyli przetrzymywanie przez pracodawcę uprawnień nie ma miejsca. Komisja nic nie może tutaj poradzić. Temat odpłatności za egzaminy w ogóle jest dosyć kłopotliwy. Ja stoję na stanowisku, że jeśli pracownik musi mieć uprawnienia, żeby wykonywać swoje obowiązki służbowe, to pracodawca powinien opłacać mu egzamin bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Obawy, że pracownik wykorzysta je prywatnie może rozwiać umowa o zakazie konkurencji i po kłopocie.
W opisywanym przypadku , jeżeli pracodawca przetrzymuje świadectwo u siebie, czy pracownik może osobiście zwrócić sie do komisji o wystawienie duplikatu nawet gdyby musiał pokryć koszty ?
Jak najbardziej tak. A im więcej danych poda, najlepiej numer świadectwa, tym łatwiej i szybciej będzie sporządzić duplikat. Od razu uprzedzę kolejne pytanie. Nie, komisja nie informuje pracodawcy o wydaniu duplikatu. A przynajmniej nie ta, w której zasiadam. Pracownik zgłasza się do komisji, podaje niezbędne dane, płaci i dostaje duplikat świadectwa. A przetrzymywanym u siebie w szufladzie oryginałem pracodawca może sobie wytapetować ścianę. Jak już pisałem, przetrzymywanie przez pracodawcę imiennych uprawnień pracownika jest bez sensu. Co niby miałby z nimi zrobić?
[quote=“elmontjs, post:52, topic:13949, full:true, full:true”]
W opisywanym przypadku , jeżeli pracodawca przetrzymuje świadectwo u siebie, czy pracownik może osobiście zwrócić sie do komisji o wystawienie duplikatu nawet gdyby musiał pokryć koszty
[/quote]
No to chyba 50 zł. Tu brawo dla kolegi że tak postępuje ta komisja. Ale moje doświadczenia i tematy na forach wskazują co innego. Często komisje oddalają prośbę stwierdzając że zdający nie był zleceniodawcą usługi. Nie dziwię im się po co mają tracić dobrego płatnika który zawsze do nich przyjdzie. A teraz jeszcze z innej beczki. Jak byście się czuli koledzy gdybyście to wy byli tym pracodawcą i pracownik któremu zapłaciłeś wyrobienie świadectwa zwolnił się po okresie próbnym wraz z “swoimi” papierami. Pozdrawiam.
[quote=“Simcode, post:54, topic:13949, full:true, full:true”]
Jak byście się czuli koledzy gdybyście to wy byli tym pracodawcą i pracownik któremu zapłaciłeś wyrobienie świadectwa zwolnił się po okresie próbnym wraz z “swoimi” papierami.
[/quote] Przetrzymywanie uprawnień jest jakimś głupim zachowaniem (szczerze, dawno już o tym nie słyszałem, ale skoro koledzy tak mówią , pewnie tak jest). Nie prościej podpisać klauzulę z pracownikiem, że jeżeli zwolni się przed upływem 12 miesięcy, będzie zobowiązany pokryć koszty kursu i egzaminu a przynajmniej kursu ? … i wszyscy są zadowoleni.
[quote=“elmontjs, post:55, topic:13949, full:true, full:true”]
będzie zobowiązany pokryć koszty kursu i egzaminu a przynajmniej kursu ? .
[/quote]
Jest to jakieś wyjście . Tak czy owak tego problemu na tym forum nie rozwiążemy to życie same skoryguje jak w każdym przypadku ma być. Ja dla przykładu mam swoje świadectwo ze sobą bo robię je zawsze za swoje pieniądze. Ale dużo kursów robiłem za pieniądze pracodawcy i on ma oryginały.
przeczytałem cały wątek i mnie zaciekawiło pytanie: kto egzaminuje egzaminatorów?
Członkowie komisji egzaminacyjnych zdają, tak jak każdy, egzamin przed inną komisją. Najczęściej w innym mieście, żeby nie być posądzanym o kolesiostwo.Taki zarzut bardzo często się pojawia, ale najprościej, żeby każdy z członków komisji jechał sobie niezależnie od innych do wybranej przez siebie komisji i po prostu przystąpił do egzaminu.
Wyszło, że zadałem nieprecyzyjnie pytanie. Choć to też mnie ciekawiło. Chodziło mi o to jaki egzamin trzeba zdać by zostać egzaminatorem. Oprócz oczywistego D+E
Faktycznie pytanie było nieprecyzyjne. Komisje powoływane są na 5 lat. Żeby zostać egzaminatorem…nie trzeba zdać żadnego dodatkowego egzaminu. Stety, albo i niestety o tym, czy ktoś zostanie egzaminatorem, decydują urzędnicy URE. Procedura wygląda tak, że dokumenty kandydata na egzaminatora, m.in. zaświadczenie o niekaralności, potwierdzenie doświadczenia zawodowego (np. od pracodawcy), dyplom ukończenia studiów i jeszcze kilka innych, przewodniczący już istniejącej komisji, albo ośrodka który dopiero stara się o powołanie komisji, wysyła do URE i tam urzędnicy odgórnie podejmują decyzję, czy ktoś zostanie egzaminatorem, czy też nie. Od decyzji nie można się odwołać! Efekt jest taki, że od kilku lat do komisji nie są powoływani np. czynni wykładowcy akademiccy, co osobiście uważam za błąd. Wielu z nich nie można odmówić doświadczenia praktycznego, o teorii nie wspomnę. URE uznało jednak, że jak ktoś “siedzi na uczelni” to się do komisji nie nadaje. Co śmieszniejsze, nauczyciel po przejściu na emeryturę i zatrudnieniu się np. w ośrodku szkoleniowym, powołanie do komisji dostanie.